Scenarzysta, rysownik i autor książek dla dzieci. Tworzy autobiograficzne eseje i komiksy naukowe, współpracuje z psychologami sportowymi, projektując ilustracje motywacyjne dla sportowców. Przede wszystkim zajmuje się edukacją komiksową, prowadząc stałe zajęcia w trzech domach kultury w Warszawie i krótsze cykle albo jednorazowe warsztaty na terenie kraju. Wyróżniony przez Polskie Stowarzyszenie komiksowe nagrodami za Najlepszego scenarzysty za rok 2014 i najlepszego rysownika za rok 2018, a ilustrowana przez Magdę Rucińską książka dla dzieci „Miasto złotej” znalazła się na Pokonkursowej liście bis Książki Roku 2018 Polskiej Sekcji IBBY.

Przedstaw się, czyli Twój nagłówek
Daniel Chmielewski, scenarzysta i rysownik (w tej kolejności!)

Jak wyglądał początek Twojej kariery?
Od najmłodszego dzieciństwa rysowałem i (najpierw z pomocą dorosłych, potem samodzielnie) pisałem książki i komiksy, więc do czasu, gdy przygotowałem właściwy debiut, komiksowy esej o komunikacji międzyludzkiej, „Zostawiając powidok wibrującej czerni” miałem za sobą tysiące stron zeszytów wykonanych w całym wachlarzu konwencji – od pastiszów superbohaterów, przez poważne komiksy akcji o trzeciej wojnie światowej, po surrealistyczną historię o bezdomnym .chłopaku, który w chwilach agresji zamienia się w wielkiego szczura. Sam początek kariery był niebywale prosty. Spojrzałem w 2007 roku na półkę z komiksami, zobaczyłem, że mam najwięcej komiksów Kultury Gniewu, napisałem do Szymona Holcmana, czy chcieliby wydać mój album. Kultura odmówiła, ale przekazali komiks Pawłowi Timofiejukowi (Timof Comics), który w ciągu kilku tygodni od pierwszego spotkania rozwoził album po księgarniach. To były czasy studenckie. Potem zacząłem pracować w firmie kurierskiej na słuchawce i dopiero gdy mnie stamtąd wyrzucili w 2014 roku, zdecydowałem, że „teraz albo nigdy” i zacząłem zarabiać wyłącznie robiąc komiksy, okołokomiksowe zlecenia i prowadząc zajęcia z komiksu. Oczywiście nie działo się to w próżni – miałem już wówczas za sobą trzy wydane albumy i wiele osób, które pomogły mi stanąć na nogi, oferując mi pracę – chociażby Kasia Szaulińska z propozycją wspólnego komiksu dla gimnazjalistów o radzeniu sobie z depresją – „Czarne fale”, albo Wojtek Szot, który dał mi szansę adaptacji książki Olgi Tokarczuk.

Jestem pasjonatem…
z poważnych rzeczy – urbanistyki. Kilka lat temu przeczytałem antologię tekstów sytuacjonistycznych, „Przewodnik dla dryfujących”, który zmienił mój sposób myślenia o przestrzeni miejskiej. Ma to odzwierciedlenie w prowadzonych przez mnie warsztatach komiksowych, często opartych na działaniu zespołowym i działaniu w odniesieniu do fizycznej przestrzeni, w jakich warsztaty się odbywają. Napisałem też książkę dla dzieci, by nie musiały czekać ponad 30 lat, jak ja, by zacząć być wrażliwym na to jak my kształtujemy przestrzeń, a jak przestrzeń kształtuje nas.

Z niepoważnych rzeczy – jestem fanem Lego, co właściwie pasuje do pierwszej pasji, bo od pół roku buduję od zera bazę kosmiczną w wolnych chwilach i samo aranżowanie jej kształtów sprawia mi niebywałą estetyczną radość.

Nie lubię…
patologii w sektorze kulturalnym – działanie na szkodę innych (np. na linii wydawca – autor); niechęć do rozwoju (przestarzałe instytucje, twórcy zabetonowujący się w „starych dobrych czasach”); działania niepotrzebne nikomu (projekty, które wymyślone zostały, by ktoś wziął pieniądze z dotacji, ale są nieprzemyślane, nie służą odbiorcom).

Stworzyłem…
kilka albumów komiksowych (Zostawiając powidok wibrującej czerni, Podgląd – z rysunkami Marcina Podolca, Zapętlenie), które dotyczyły świata tu i teraz. Mam w dorobku kilka krótkich form gatunkowych, pastisz Matrixa o wbrew pozorom krótkim tytule – 01010011 01101101 01101001 01110100 01101000 (we współpracy z Bartoszem Szymkiewiczem) albo patyczakowo rysowany – choć zrobiony zupełnie na poważnie – horror z zombie, Zaliczyć zgon. Jednak dopiero przy albumie „Ja, Nina Szubur” na podstawie powieści „Anna In w grobowcach świata” Olgi Tokarczuk mogłem w pełni rozwinąć skrzydła i zbudować futurystyczne miasta i pojazdy. Choć znów – sztafaż science fiction służy mi do zbudowania socjologicznego eseju o czasach współczesnych i psychologicznych mechanizmach jednostek uwikłanych w historyczne procesy – zawsze bardziej interesowało mnie ballardowskie „inner space” niż „outer space”.

Mój najbardziej fantastyczny debiut…
W tym roku zadebiutowałem na scenie teatralnej… jako rysownik komiksów. W spektaklu Beaty Jewiarz muzyk Czesław Mozil, aktorka Matylda Damięcka i aktorzy Jakub Snochowski i Maciej Nawrocki i ja (z pomocą operatora Grzegorza Habryna, który filmował mój proces rysunkowy) braliśmy pomysły dziecięcej widowni i improwizowaliśmy całą historię. Mogłem oczywiście zaszaleć, rysując laboratorium szalonego naukowca i ulubieńca publiczności – robo-psa!

Uwielbiam rozmawiać o…
rzeczach mi nieznanych, bo to inspiruje i uczy. Gdy nie potrafiłem zrozumieć czym się znajoma naukowczyni zajmująca neurobiologią zajmuje, zaprosiłem ją, by na bazie naszej dyskusji stworzyć komiks. Dostałem przy okazji kilka podręczników do przeczytania, by w ogóle wiedzieć jak i o czym z nią rozmawiać.

Pytanie, które zawsze przyprawia mnie o dreszcze, brzmi:…
„Czy komiks to sztuka?”, bo podwójnie wskazuje na niekompetencję osoby zadającej to pytanie (zazwyczaj dziennikarza) – komiks to medium, a „sztuka” jest pewnym systemem, którego składowymi są instytucje, rynek, moda, wpływowe jednostki i organizacje. Żadna praca wykonana przez człowieka nie ma immanentnych właściwości „sztuki”, a co dopiero całe medium złożone z najprzeróżniejszych prac.

„Czas w fantastyce” to dla mnie…
wspaniała przestrzeń dla twórczych eksperymentów. Fantastyka, którą ja lubię czytać i oglądać z jednej strony pozwala mi wyjść dalej, niż własne podwórko, zobaczyć piękne, pobudzające wyobraźnie lokacje i społeczności, ale jednocześnie nie jest eskapistyczna. Po czasie spędzonym w fantastycznym świecie potrafię jako czytelnik ostrzej widzieć rzeczy, które nie działają w świecie wokół mnie.

Kategorie: GOŚCIE