Nazywam się…
Wojciech Zembaty i jestem fantasyholikiem. Piszę.

Jak wyglądał początek twojej kariery?
Był pełen zapału i urażonych pretensji. Na studiach zadręczałam kolegów tekstami, które nosiłem wydrukowane na kartkach. Cieszyłem się, gdy mnie publikowali, obrażałem się, gdy ktoś nie zrozumiał. To drugie zdarzało się częściej.

Jestem pasjonatem…
braku pasji. Powiadają, że serce mężczyzny to szkatułka o wieku przegródkach. W najcenniejszej przegródce jest Nic. Bardzo chciałbym być mistrzem olewki, jak Big Lebowski. Niestety, przeważnie się w coś wkręcam, a potem potwornie się męczę. Usiłuję skończyć powieść, przejść grę, zaczynam trenować szermierkę… Cokolwiek. Człowiek jest dziwnym stworzeniem. Mam słabość do tych obszarów kultury, które postrzegają świat i umysł jako więzienie, zagadkę. Albo okrutny żart. Jak w gnozie, buddyzmie czy filozofii Ciorana. Poszukująca fantastyka, jak u Dicka, Ellisona i Pielewina, czy Le Guin, zapuszcza się na ten poziom. I często ma więcej treści, niż kryminał czy „normalna” powieść, uwięzione w banalnych pytaniach.

Nie lubię…
tysiąca rzeczy. Najbardziej, to chyba naszej ślepej, zachłannej natury. Grozi nam zagłada ekologiczna? Świetnie, rąbmy lasy. Regulujmy rzeki. Technologia odbiera nam pracę i rozum? Świetnie, skupmy się na jej nieskrępowanym rozwoju. Nie lubię fanatyzmu i nienawiści, bo sam im czasami ulegam. Nie znoszę też banału i powtarzalności, jak w produkcjach o bohaterach Marvela, którzy mają nas przed tym wszystkim ocalić.

Stworzyłem…
kilka światów, postaci i opowieści, mam nadzieję, że dosyć ciekawych. Często brałem scenerie z historii i mitu, ale wywrócone na nitce. Pisałem m.in. o królu Arturze, ale już po wydarzeniach z legendy. Ostatnio skończyłem dwu tomowy cykl fantasy „Głodne Słońce”, o azteckim trójkącie, czy raczej wieloboku miłosnym, z demonami i wojną w tle. Myk jest taki, że to Aztekowie wygrali, przetrwali spotkanie z nami. Jak do tego doszło? Zapraszam do lektury. Mój najbardziej fantastyczny debiut…W podstawówce polonistka kazała nam napisać krótki sequel „W pustyni i w puszczy”. „Dalsze losy Stasia i Nel”. Super pomysł, czytaliśmy nasze teksty na lekcji. W mojej wersji, to rodzice, inżynierowie, zostali porwani w Afryce. A dzieci ukradły broń wojsku polskiemu, żeby ich odbić. Klasa była zachwycona. Zwłaszcza gdy Staś, podczas treningu z wyrzutnią rakiet, niechcący ostrzelał obóz harcerski. Trafił w namiot i wszędzie fruwały „krwawe strzępki w zielonych mundurkach”. Sam byłem harcerzem i chyba musiałem to odreagować.

Pytanie, które zawsze przyprawia cię o palpitacje serca?
Wojtek, zrobiłeś pranie?

Czas w fantastycę to dla mnie…
możliwość. Głębszy oddech, rozległy horyzont. Świat doraźny czasami mnie dławi. Te wszystkie zamierzchłe epoki, geologiczne schizy Lovecrafta, ery hyboryjskie, dawne dni i odległe galaktyki…pytania o przyszłość gatunku. Kocham to. Witkacy nazywał poszerzenie perspektywy i towarzyszące mu uczcie zadziwienia, „momentem metafizycznym” . Uważał je za warunek człowieczeństwa. Nie rozumiem ludzi, którzy nie potrzebują tej dodatkowej przestrzeni.

Kategorie: GOŚCIE